Suarez 157 dni później

Kiedy 25 września wstaniesz z łóżka, zastanów się, co robiłeś 157 dni temu. Normalny człowiek zapewne nie miałby zielonego pojęcia, ale fani the Reds, a zwłaszcza Luis Suarez doskonale to pamiętają. Bo w środę minie dokładnie pięć miesięcy i cztery dni od momentu słynnego ugryzienia Branislava Ivanovicia przez Urugwajczyka.

Nie trudno się domyślić, że od tego czasu wydarzyło się wiele rzeczy w świecie futbolu, ale co najważniejsze – Suarez nadal reprezentuje barwy Liverpoolu, a nie było to wcale takie oczywiste przez całe lato. Ja również świetnie pamiętam tamtą niedzielę. Do śniadania bowiem sięgnąłem po lekturę interesującego wywiadu Luisa dla The Sunday Times. Oprócz ciętej riposty na informację, że Phil Neville nie wybrał go wówczas nawet do jedenastki sezonu (Suarez odpowiedział, że także by nie umieścił Neville’a w swojej jedenastce) i kilku innych rzeczy, jasno stwierdził, że jest szczęśliwy zarówno w klubie, jak i w mieście. Chociaż ostatnie słowa poniższego cytatu były poniekąd zapowiedzią tego, co przeżyli the Reds w trakcie ubiegłych miesięcy.

- Jestem w klubie, w którym każdy piłkarz chciałby występować, który ma podobne cele do mojego – grę w Lidze Mistrzów. Jeśli nie w tym roku to w następnym, chcę wypełnić swój kontrakt, ale w piłce nożnej nigdy do końca nie wiesz co na ciebie czeka.

Cóż, kto by pomyślał, że kilkanaście godzin po publikacji tamtego wywiadu, Suarez ugryzie w meczu z Chelsea Ivanovicia? Gdy już nerwowa atmosfera po decyzji FA – według której zawieszono Urugwajczyka na dziesięć meczów – się uspokoiła, w mediach rozpoczął się temat odejścia napastnika Liverpoolu do innego klubu. Najpierw mówiło się o Realu, później o Arsenalu i ich śmiesznej ofercie z jednym funtem na końcu w kwocie 40 milionów, ale stanowisko Rodgersa i właścicieli było niezmienne – Suarez ma zostać na Anfield, bo to on ma dług wdzięczności wobec klubu, a nie odwrotnie. Dług rzecz jasna wizerunkowy, a nie sportowy. A to w przypadku takiego klubu jak Liverpool jest jeszcze ważniejsze.

W międzyczasie Suarez udzielił również zupełnie innego wywiadu, niż tego z The Sunday Times. Tym razem dla The Guardian, w którym to wręcz błagał Liverpool o dotrzymanie rzekomej obietnicy możliwości odejścia w przypadku braku kwalifikacji do Ligi Mistrzów w poprzednim sezonie. Wykazał się wówczas niesamowitą hipokryzją, gdyż wcześniej narzekał na angielskie media, a przecież jedynie Arsenal był zainteresowany usługami Urugwajczyka. W dodatku, jeszcze w kwietniu nic nie wspominał o prywatnej obietnicy Rodgersa. Nie mówiąc o tym, że przeniesienie się do Kanonierów byłoby wielkim policzkiem dla Liverpoolu, a chyba nie tak zachowuje się piłkarz przywiązany do swoich barw.

Takim typem nie jest Suarez, to już wiemy. Zawiódł kochających go fanów i przede wszystkim Rodgersa, który obdarzył napastnika wielkim zaufaniem i wsparciem. W nagrodę otrzymał kopniaka w tyłek, ale na więcej sobie nie pozwolił ze względu na swój charakter i ambicje. Luis dzięki temu być może zrozumiał, że pomimo wielkich umiejętności, niekoniecznie biją się o niego drużyny grające w europejskiej elicie. Dlatego chcąc nie chcąc, musi docenić miejsce, gdzie był, jest i mimo wszystko będzie szanowany, choć z tyłu głowy kibiców na zawsze już pozostanie niesmak. Niezależnie od ilości zdobytych bramek przez Urugwajczyka.

Jednak przynajmniej do stycznia słowa „Suarez” i „transfer” w jednym zdaniu występować nie będą. Teraz liczy się tylko to, co zdarzy się na angielskich boiskach. A tutaj Luis może zdziałać bardzo dużo, podobnie jak w zeszłych rozgrywkach. Nawet jeśli ktoś stracił kompletnie szacunek do Suareza, to może patrzeć na niego z perspektywy czysto piłkarskiej. Z niej zaś Suarez prezentuje się wręcz wyśmienicie.

Od momentu zawieszenia najlepszego snajpera, Liverpool zaczął grać o dziwo lepiej, niż z nim wcześniej w składzie. W końcówce poprzedniego sezonu the Reds wygrali nawet aż 6:0 na wyjeździe z Newcastle, a już w nowej kampanii, zdołali przez dwie kolejki dumnie prowadzić w tabeli Premier League. I kiedy wydawało się, że w dziesięciu meczach bez Suareza w składzie podopieczni Rodgersa nie odniosą żadnej porażki, przyszedł nerwowy remis ze Swansea, a następnie żenujący występ z Southampton.

Nie lubiłem gadania o tym, że Liverpool nie potrzebuje już Suareza, że wtedy lepiej funkcjonuje zespół, że ogranicza innych… Bo ostatnie dwa mecze są idealnym przykładem na to, iż to nadal kluczowy gracz w talii Rodgersa. Pod jego nieobecność pałeczkę magików przejęli na spółkę Philippe Coutinho i Daniel Sturridge, ale gdy ten pierwszy wypadł na kilka tygodni przez uraz barku, powrót Suareza wydaje się jeszcze bardziej pożądany. W ofensywie potrzebna jest ta szczypta magii, którą zapewnia właśnie Luis. Zwłaszcza, że Liverpool już nie ma przypiętej łatki zespołu jednego piłkarza. To drużyna zdolna do osiągania wielkich rzeczy, a Suarez może jej tylko w tym pomóc. Nie samolubnością, ale wolą walki i geniuszem. A także zdrowym rozsądkiem, o który jednak może być ciężko.

Już na wiosnę byliśmy świadkami jego świetnej współpracy ze Sturridgem, dlatego też można być przekonanym, że będzie to mieszanka wybuchowa. Kiedyś Rodgers wciąż się zastanawiał, jak idealnie zestawić tę dwójkę razem, ale po wyczynach Daniela w tym sezonie wiadomo, że to Anglik będzie najbardziej wysuniętym graczem na boisku, a Suarez kręcił się za nim i na skrzydłach. Przy nieobecności Coutinho jest to konieczne, gdyż Iago Aspas w tej roli spisywał się delikatnie mówiąc słabo.

Suarez budząc się 25 września będzie miał w głowie jedną myśl – „zrób to, pokaż im, że nadal mogą Cię kochać”. To profesjonalista i wierzę, że ostatnie miesiące tylko go wzmocniły w sferze mentalnej. Wesołe uśmieszki na treningach, śpiewanie hymnu przed meczem na Anfield… To oczywiście nie jest równoznaczne z tym, że Urugwajczyk już nigdzie nie będzie chciał odejść, ale teraz ponownie we krwi ma Liverpool. A to oznacza same pozytywy.

Po 157 dniach na Old Trafford kibice ponownie powitają Luisa w oficjalnym meczu. Teraz czekamy na ruch Suareza. Oby był równie kąśliwy, co jego bramki (podkreślam, bramki) w poprzednim sezonie.

Strefa FPL – Podsumowanie sierpnia

Sezon Premier League wiąże się dla wielu nie tylko z emocjami czysto boiskowymi, ale również z zabawą w Fantasy Premier League. Można rzec, że to coś więcej niż zwykła gra. To po prostu nałóg, który na szczęście znów jest aktywny. Zgodnie z zapowiedzią, raz w miesiącu będę podsumowywał swoje rezultaty.

Do początku nowej kampanii w Fantasy podchodzę z jeszcze większym dystansem, niż do tego, jakie wyniki mają miejsce na boiskach w Anglii. Pomimo tego, że liczba graczy co roku sięga blisko trzech milionów, tak naprawdę tylko niecały milion jest warty uwagi. Reszta to osoby, którym nudzi się w wakacje i zakładają drużyny z myślą o pierwszych kolejkach. Zdarza się, że bywają wysoko w rankingu, ale z czasem słabną albo w ogóle zapominają o swoim składzie. Jednak to nie mój problem.

Oskar Team wystartował dobrze, a nawet bardzo dobrze. Co prawda nie jest to dla mnie zaskoczenie, bo „forma jest chwilowa, a klasa jest wieczna”, ale obawy zawsze istnieją. Wyznaczyłem sobie jasny cel – 2200 punktów i miejsce w top 10000. W pierwszych trzech kolejkach zgromadziłem 198 punktów i wywalczyłem odpowiednią pozycję wyjściową do dalszych ataków w rankingu.

Kto wypalił? Przede wszystkim dwójka graczy Liverpoolu – Simon Mignolet i Daniel Sturridge. Pierwszy broni wszystkie możliwe strzały, w tym karnego Waltersa, a drugi… Cóż, strzela w każdym możliwym meczu. Danny był moim kapitanem w drugim oraz trzecim gameweeku i jak najbardziej jestem zadowolony z tego wyboru. Oprócz tego dobrze spisali się w sierpniu Ivanovic, Zabaleta, Silva czy Lambert.

Kto zawiódł? Niestety szansy regularnych występów od Mourinho nie dostał Lukaku, przez co uzyskał w pierwszej kolejce zaledwie dwa oczka, choć wydawało się, że może okazać się prawdziwą bombą. W dodatku przeciętnie Hazard, Coutinho i Sessegnon, który był moim wewnętrznym przeczuciem. Nie mam jednak powodów do zbyt wielkich narzekań. W poprzednich latach, z tego co pamiętam, już na starcie potrafiłem się mocno zdenerwować, a w tym sezonie jest spokój.

Co dalej? Karuzela się rozkręca i trzeba być czujnym, aby przynajmniej łapać kontakt z najlepszymi. Po wielu godzinach przemyśleń (zwłaszcza w trakcie lekcji w szkole dobrze się ustawia w głowie taktykę i ewentualne transfery) zdecydowałem się na tę nieszczęsną, dziką kartę. Pomimo niezłej zdobyczy punktowej, czułem, że potrzebna jest świeżość i szersza ławka rezerwowych, a teraz łatwiej wytypować zawodników, którzy są tańsi i przy okazji regularnie punktują. Zespół jest już ustawiony i łącznie wymieniłem prawie dziesięciu graczy. Zostali najlepsi i ci, którzy muszą się obudzić. Połączenie młodości z rutyną. Nazwiska poznacie jednak dopiero w sobotę. Wiem, że nie możecie się doczekać!

Życie kibica zadowolonego

Początek sezonu zawsze niesie ze sobą wiele niewiadomych, a kibic oczekuje już od pierwszych meczów samych zwycięstw, aby poczuć się zadowolonym. W poprzednich latach, a mianowicie po pamiętnym sezonie 2008/09 na Anfield źle się działo zazwyczaj ciągle, ale tym razem jest inaczej. Teraz kibic Liverpoolu może być nareszcie zadowolony.

Oczywiście, to dopiero dwa mecze, w dodatku z typowymi średniakami, ale każde trzy punkty wpływające na konto cieszą. Zwłaszcza, że rodziły się one w obu przypadkach w bólach i to właśnie charakteryzuje zespoły z czołówki. Podstawowym założeniem w futbolu jest strzelenie o jedną bramkę więcej od przeciwnika w trakcie 90 minut na boisku. Na Anfield ze Stoke i na Villa Park z Aston Villą Liverpool wypełnił te założenia perfekcyjnie i nikt nie może się przyczepić do czegokolwiek, jeśli wynik jest korzystny.

Ale to wcale nie jest tak, że Liverpool kopie się w czoło, a przeciwnicy nie mają szczęścia. W obu meczach the Reds zagrali bardzo dobrze i efektownie w pierwszej części spotkania (z Aston Villą konkretnie 35 minut) i tylko w drugich połowach rywal otrzymywał szansę w postaci zaistnienia. I nawet jeżeli wyrównanie było blisko, to na posterunku była dwójka Simon Mignolet i Kolo Toure. Czyli obok Sturridge’a absolutni bohaterowie początku sezonu.

Belg jest potwierdzeniem tego, że w bramce Liverpoolu musiała zajść zmiana jakościowa i jaki sympatyczny nie byłby Pepe Reina, to Mignolet mówiąc potocznie zjada go na śniadanie. Tak samo zjadł Waltersa i Benteke, choć tym drugim bardziej się najadł znakomity Toure. Muszę przyznać, że nie wierzyłem w ten transfer. Nie wierzyłem, że może być to dobry ruch i nie wierzę, gdy patrzę na jego poczynania, bo wygląda na to, iż wrócił stary, dobry Kolo z czasów występów w Arsenalu. Niekwestionowany numer jeden w defensywie, a przecież obok siebie ma zawodnika, za którego ofertę złożyła Barcelona, Daniela Aggera.

Wróćmy do tego, że to nadal tylko i wyłącznie dwa mecze. Jednak sięgam pamięcią w zeszły sezon i co widzę? Jeden punkt w tym okresie sezonu. Sięgam troszkę głębiej i patrzę, kiedy Liverpool osiągnął pułap sześciu oczek… 7 października po okropnym bezbramkowym remisie ze Stoke na Anfield, a żeby było jeszcze lepiej, to była to aż siódma kolejka. Teraz scenariusz tragicznego rozpoczęcia rozgrywek wylądował w koszu i spokojnie można się skupić na sprawieniu, że progres będzie coraz większy. Bo ten widać gołym okiem.

Kibic Liverpoolu jest zadowolony, bo w niedzielny poranek może wstać, zaparzyć sobie kawę, spojrzeć w tabelę i ujrzeć swój ukochany zespół prawie na samym szczycie. Jednak kibic wie, że to początek drogi, która zakończy się w maju. Kibic w poniedziałek pójdzie do pracy i nie usłyszy złośliwego komentarza na temat wyniku the Reds od kolegów. Ale kibic czeka teraz tylko na jeden mecz. Na starcie z Manchesterem United, które już za tydzień w niedzielę. Wtedy kibic zapomina z jednej strony o tabeli, bo liczy się tylko zwycięstwo z odwiecznym rywalem, ale miło przystępować z wygodnej pozycji. Ciężko wyobrazić sobie radość, jaka mogłaby zaistnieć po ewentualnej wygranej, gdyż pewnie przez całą przerwę reprezentacyjną z Merseyside byłoby słychać przyśpiewki kibiców. Tak czy inaczej United to aktualny mistrz kraju i z nikim innym zespół Rodgersa lepiej nie pozna swoich możliwości.

Na ile długo będzie trwało życie kibica zadowolonego na Anfield? Tego nie wie nikt, ale sam fakt, że taki moment nastąpił jest dobrym prognostykiem na następne miesiące, które pokażą nam prawdę. Liverpool ma walczyć o Ligę Mistrzów i na razie ze słów się wywiązuje. Oby tak dalej, a przecież wciąż zawieszony jest najlepszy (?) napastnik, czyli Luis Suarez.

Ech, myślałem, że o nim ani razu nie wspomnę…

Tęskniłem za emocjami

Tyle miesięcy, tyle tygodni, tyle dni, tyle godzin… Tyle musieliśmy czekać na powrót Premier League. Tak jak powiedział Andrzej Twarowski – powinni tego zdecydowanie zabronić. No ale już, dobra, wszystko wróciło do normy i możemy oglądać to, co dla niektórych jest sensem życia. Ktoś stwierdzi – „głupota”, ale z każdym rokiem coraz bardziej się zastanawiam, jak można nie oglądać futbolu, nie myśleć o nim, a zwłaszcza w kontekście Premier League? Toż to inwalidztwo emocjonalne.

W ciągu wakacji nie przepadam za śledzeniem transferów, bo albo mnie doprowadzają do zdenerwowania, albo do obrzydzenia, patrząc na kosmiczne kwoty. Staram się zawsze skupiać na futbolu, gdyż to jest właśnie piękne. Sagi z Suarezem, Bale’em i Rooneyem były, czy też są największym szkodnikiem w obecnych czasach. Potwierdzeniem tego, że coś co powiedziałeś wczoraj, dzisiaj jest już kompletnie nieaktualne. Dlatego świetnie, że wystartował sezon. Nareszcie transferowi celebryci odeszli na dalszy plan, choć w środku tygodnia pewnie będą nadal o sobie głośno przypominać.

Wróciła piłka, wróciły niepowtarzalne emocje. Już po kilku minutach meczu na Anfield pomiędzy Liverpoolem a Stoke dało się odczuć, że w ostatnim czasie czegoś człowiekowi brakowało. Niby to tylko dwie bramki, jedna piłka i 22 kopaczy, ale to wszystko na Wyspach jest magiczne i tworzy niesamowity klimat. Chyba wiecie, przez co przechodzili fani Liverpoolu przy rzucie karnym Waltersa. Wymowny jest filmik zamieszczony przez jednego z kibiców będącego wówczas na trybunach (do obejrzenia pod tym linkiem). Po pierwszej interwencji Mignoleta okrzyk radości, zanim piłkę dobił Jones sekunda ciszy… I kolejny okrzyk. Kwintesencja pasji.

Na Anfield było pozytywnie, ale przykładowo na Emirates wręcz grobowo. Arsenal zaprezentował się słabo, a arbiter wcale im nie pomagał w osiągnięciu przynajmniej remisu. Tutaj mamy do czynienia z efektem „znowu to samo”, czyli beznadziejny początek sezonu i brak transferów. Jednak jak co roku, warto powtórzyć słynne powiedzenie – „sezon to nie sprint, tylko maraton”.

Z czołówki zawiedli praktycznie jedynie Kanonierzy, a pierwsza trójka jest dosłownie taka sama, jaka powinna być na koniec sezonu. Kwestią do ustalenia wydaje się ostateczna kolejność, ale zarówno United, jak i Chelsea oraz City pokazali, że są mocni z nowymi szkoleniowcami i czują głód sukcesu. W przyszły poniedziałek pierwszy prawdziwy hit i sprawdzian dla kandydatów do tytułu. Na Old Trafford przyjedzie Jose Mourinho i okaże się, czy wykorzysta nieobecność Fergusona. Moyes to nie byle kto rzecz jasna, jednak większe szanse dawałbym Portugalczykowi. Ale świat lubi niespodzianki, choć nie byłaby ona w tym przypadku zbyt wielka.

Rozczarowań oprócz Arsenalu jest bardzo dużo. Stoke, West Brom, Newcastle, a beniaminkowie nie uciułali nawet punktu. To wszystko zapowiada nam kapitalny sezon. Może będzie on jeszcze lepszy od kampanii, w której Manchester City zapewnił sobie mistrzostwo w ostatnich sekundach? Miejmy nadzieję, a teraz delektujmy się spektaklem, na którym dopiero została odsłonięta kurtyna.

Ankieta Highbury

Nowy sezon zbliża się wielkimi krokami, a co za tym idzie, człowiek zastanawia się, jak on będzie wyglądał. Koledzy z bardzo ciekawego serwisu publicystycznego o Arsenalu – Highbury.pl – zadają w swoich ankietach takie pytania miłośnikom Premier League, a ja z wielką przyjemnością poszedłem na pierwszy ogień.

Oryginalny artykuł możecie przeczytać tutaj, zaś poniżej zamieściłem swoje wypociny. Dla mnie będzie to bardzo ciekawe doświadczenie, bo z jednej strony mogę się okazać wróżbitą, ale istnieje również ryzyko kompletnej kompromitacji. Chyba nie będzie jednak tak źle…

1. Kto zostanie mistrzem Anglii?
To nigdy nie jest łatwe pytanie, ale niech będzie – Manchester City. Warsztat Pellegriniego przemawia do mnie i powinien odpowiednio poukładać zespół po Mancinim.

2. Jaki będzie skład Wielkiej Czwórki?
Manchester City, Chelsea, Manchester United i… Tottenham! Walka o czwarte miejsce jak zwykle będzie zacięta i coś czuję, że tym razem Koguty utrą nosa Arsenalowi i reszcie kandydatów.

3. Które trzy drużyny mają największe szanse na spadek?
Hull City, Crystal Palace i Stoke City. Pierwsze dwie drużyny są za słabe personalnie, a Stoke już w zeszłym sezonie było bliskie spadku. Osoba Hughesa tylko to przypieczętuje.

4. Jak poradzą sobie beniaminkowie?
Nie spodziewam się wiele po Hull i Crystal Palace, tak jak wcześniej wspomniałem, ale już Cardiff powinno wnieść fajną świeżość do Premier League. Walijczycy będą w środkowej części tabeli.

5. Kto zostanie królem strzelców?
Typowałbym Luisa Suareza, ale będzie zawieszony praktycznie do końca września i to mu raczej utrudni zadanie. W takim razie Sergio Aguero.

6. Kto będzie najlepszym piłkarzem rozgrywek?
Tutaj pewnie większość zaskoczę, ale stawiam na Philippe’a Coutinho. Fantastyczny chłopak i w tym sezonie pokaże pełnię swoich możliwości w Liverpoolu.

7. Który z młodych piłkarzy może najbardziej zaskoczyć w tym sezonie?
Zdecydowanie Romelu Lukaku. Z tym że nie będzie to na tyle zaskoczenie, co potwierdzenie wielkiego talentu Belga w barwach silniejszej drużyny.

8. Który z zawodników może najbardziej obniżyć loty w stosunku do poprzedniego sezonu?
Kolejny napastnik Chelsea, Demba Ba. Sądzę, że nie wytrzyma dużej konkurencji o miejsce w składzie i nie strzeli tak wielu bramek, jak w poprzednich kampaniach.

9. Najlepszy transfer?
Było kilka ciekawych, ale tym najlepszym okaże się Wilfried Bony. Swansea potrzebowała właśnie kogoś takiego i jestem pewien, że zakręci się w okolicach 15-20 bramek.

10. Najgorszy transfer?
Ze względów ceny do jakości, Fernandinho do the Citizens. Rzecz jasna jest to dobry zawodnik, ale kwota około 40 milionów wywołuje u mnie obrzydzenie. Takie niestety realia dzisiejszego rynku.

11. Działania transferowe którego z klubów najbardziej przypadły Ci do gustu, a którego najmniej?
Z czołówki najmądrzej działa Tottenham, jednak warto wyróżnić również Norwich czy Aston Villę. Starają się w miarę sił wzmacniać i grać coraz ofensywniejszą piłkę. Najmniej Manchester United i Arsenal, bo od takich klubów wymaga się więcej konkretów, a nie tylko spekulacji. Ale z ostateczną oceną poczekajmy do końca okienka.

12. Który z klubów najdalej zajdzie w Lidze Mistrzów?
Nie mam wątpliwości, że Chelsea z Mourinho na ławce trenerskiej. Jose ma coś do udowodnienia innym wielkim markom i na miejscu Bayernu czy Realu mocno bym się obawiał.

13. Czy Swansea i Wigan mają szansę zawojować Ligę Europy?
Swansea jak najbardziej. Ten klub ma w sobie coś takiego, że się trzyma za nich kciuki i myślę, że zajdą bardzo daleko. Wigan może się cieszyć z fazy grupowej i jeśli losowanie będzie korzystne, powinni przynajmniej zagrać w 1/16.

14. Która drużyna ma szansę zostać czarnym koniem rozgrywek?
Czołówkę ciągle będzie naciskać Swansea, a dołączyć do tego groma może także Norwich. Kanarki poczyniły fajne ruchy transferowe i mogą napsuć krwi nie jednemu faworytowi.

15. Która drużyna może najbardziej rozczarować w lidze?
Przykro mi panie Moyes, ale Manchester United. Nie sądzę, aby Czerwone Diabły zdołały obronić mistrzowski tytuł, a to będzie już można nazwać rozczarowaniem.

16. Które drużyny mogą awansować w tym sezonie do Premier League?
Mam trójkę swoich faworytów – Watford, Brighton i Wigan. Zwłaszcza liczę na powrót Wigan do najwyższej klasy rozgrywkowej.

17. Która drużyna najlepiej wyjdzie na zmianie trenera?
Będę konsekwentny, więc Manchester City. Pellegrini jest idealnym wyborem na zaniedbane pod względem taktycznym City.

18. Który klub jako pierwszy zwolni trenera?
Jeżeli działacze Stoke będą rozsądni, to absolutnie Mark Hughes. Im wcześniej, tym lepiej dla klubu.

Jeśli chcecie podzielić się własnymi przemyślenami, zachęcam do napisania komentarza.

Jak to jest z tymi legendami?

Często uważamy kogoś za absolutnie wyjątkowego. Nie patrzymy wówczas na wiek, liczbę występów, zdobyte trofea wraz z klubem, bo to w danej chwili nie ma dla nas znaczenia. I wtedy wypowiadamy to magiczne słowo „legenda”. Jest to z każdym rokiem coraz mocniej nadużywane w świecie futbolu i warto się zastanowić, jak to rzeczywiście jest z tymi legendami.

Ciężko określić definicję piłkarza legendy, zwłaszcza kiedy wciąż biega po boiskach. Nie jest to tak proste, jak np. tytuł wybitnego reprezentanta Polski, który wędruje do każdego mającego przynajmniej 60 występów w kadrze. Zresztą właśnie dzięki temu mamy do czynienia z formą pewnej dyskusji, bo to, że Dudek jest wybitnym reprezentantem, musimy już, chcąc nie chcąc, zaakceptować.

Legenda to… (dokończ zdanie w myślach) no właśnie, kto? Jako że chciałem poznać punkt widzenia innych, spytałem się ludzi na Twitterze. Inspiracją było oficjalne ogłoszenie wypożyczenia Pepe Reiny z Liverpoolu do Napoli i spór o jego klubowy status wśród fanów. Odpowiedzi brzmiały głównie mniej więcej tak: „nie mylmy piłkarzy mocno zasłużonych z rzeczywistymi legendami”. W tym przypadku Reina teoretycznie nie może być legendą, bo kim jest w takim razie dla Liverpoolu Steven Gerrard, Kenny Dalglish czy Ian Rush?

I tutaj się zgodzę, ale przy okazji zwrócę uwagę, że status legendy może być kwestią zupełnie osobistą. Jeśli mówimy o Liverpoolu i Reinie, to musimy wziąć pod uwagę czynnik przywiązania do klubu, więzi z kibicami, charakteru czy sukcesy. Hiszpan niestety w ostatniej kategorii nie ma za bardzo czym się pochwalić. Sam przyznał w liście pożegnalnym, że jego najpiękniejszą chwilą na Anfeld jest bieg radości po bramce Davida Ngoga na 2:0 w meczu z Manchesterem United. Choć nie ma w tym nic złego, nie może przecież wspomnieć o triumfie w Lidze Mistrzów czy mistrzostwie kraju, bo coś takiego nie miało nawet miejsca.

Wracając do kwestii osobistej statusu legendy. Przecież każdy ma swoich ulubieńców i założę się, że myśleliście o tzw. „jedenastce marzeń”. Jeden będzie miał w niej na bramce Casillasa, drugi Buffona, a trzeci Dudka. Z jakich powodów? Sympatie klubowe mają rzecz jasna tutaj duże znaczenie, ale jak niby przeciętny polski kibic Liverpoolu może nie nazwać Dudka legendą. Przecież to właśnie on był głównym bohaterem najpiękniejszego dnia w życiu Kopites. Jednak zejdźmy nawet na niższy poziom. Wychowując się w małym miasteczku twoją legendą może okazać się przykładowo Zenon Koparka. Nie ważne, że wcale nie kopie tak pięknie piłki jak Pirlo. Ty zapamiętasz jego bramkę z Sępem Żelechów i fakt, że dał ci po meczu swoją brudną koszulkę.

Stąd też tak często spotykamy się z określeniem „legenda”. Oczywistością jest to, że Gerrard, Lampard czy Maldini na zawsze pozostaną już tymi największymi, bo zasłużyli się niepowtarzalnymi cechami dla swoich klubów. Ronaldinho, wcześniej wspomniany Pirlo i Beckham to zaś nie tyle legendy klubowe, co ogólnie światowego futbolu. Bez podziału na Real, Barcelonę i resztę.

Pepe Reina, bo on wyzwolił u mnie takie refleksje, nie może się równać z nowym ekspertem stacji Sky Sports i Scouserem z krwi i kości, Jamiem Carrragherem, który niedawno zawiesił buty na kołku, ale gdzieś tam w głowach wszystkich kibiców pozostanie. Hiszpańscy fani Liverpoolu do jedenastki wszech czasów wybiorą jego, Polscy Dudka, a ci mieszkający od dawna tuż przy stadionie Raya Clemence’a.

Cienka jest granica między idolem a legendą. Gdy aktualny idol strzela w każdym meczu bramki, już zaczynamy wyzywać go od Bogów. Czasem jednak jedna decyzja, jak w przypadku Fernando Torresa, może odwrócić sytuację o 180 stopni. Dlatego mądrą uwagą jest to, abyśmy nie określali legendami tych, co jeszcze kopią piłkę. Chyba że jest to Steven Gerrard.

Cichy bohater

W trakcie sezonu ogórkowego główne role zawsze odgrywają zawodnicy. Przed oczami migają nam ciągle wielkie kwoty, prośby o transfer, testy medyczne i słodkie wypowiedzi. Ale gdzieś tam w rogu czai się cichy bohater, który swoim charakterem zyskuje coraz więcej szacunku, choć najlepszy piłkarz jego zespołu chce opuścić klub i wzmocnić nawet potencjalnego rywala w walce o europejskie puchary. Ten cichy bohater to Brendan Rodgers, a drugiego nazwiska przedstawiać chyba nie trzeba. Wystarczy jedno słowo – wampir.

„Jak to? Zająłeś siódme miejsce w lidze, nie zakwalifikowałeś się do żadnych pucharów i jeszcze mamy o czymś rozmawiać? W dodatku lada moment stracisz najlepszego napastnika!” – takie słowa mógłby teoretycznie usłyszeć Rodgers od przeciętnego kibica. No właśnie, tylko mógłby, bo nikt rozsądny nie powie niczego złego na Irlandczyka z Północy. Dlaczego? Bo ma charakter. I pomysł, ale o tym już się przekonaliśmy.

Często menedżerowie unikają trudnych tematów. Mówią, że nic nie wiedzą, że czas pokaże, że wszystko jest w porządku, gdy tak jednak nie jest. Saga transferowa z udziałem wartościowego piłkarza zawsze jest ciężkim wyzwaniem dla strony broniącej. Nie możesz zawieść kibiców i wprowadzać ich w błąd, ale też ten wartościowy piłkarz musi poczuć, że wcale nie jest pępkiem świata. Tak robi Rodgers w przypadku Suareza, który a to dłubie w nosie, a to się krzywi, byleby odejść tam, gdzie jest Liga Mistrzów. Nie wspominając o tym, że tak naprawdę sam nie wie, czego chce, bo wcześniej narzekał na okropne angielskie media.

Gdy Suarez wypoczywał po Pucharze Konfederacji na plaży z żoną i córeczką, a przy okazji dyskutował przez telefon ze swoim agentem, Rodgers musiał sprawić, że do wszystkich dotrze, iż to on i Liverpool ma w garści Urugwajczyka, a nie na odwrót. Od początku stawiał sprawę jasno i nie bał się użyć nawet ostrych słów. Taka postawa wzbudza podziw i pewnie zgrzyt zębów w obozie Arsenalu, bo nie trafili na łatwego przeciwnika. To już nie Liverpool z czasów mało obeznanego Dalglisha i szalonego Comolliego, który za 35 milionów kupował Carrolla. Nawet właściciel, John Henry na Twitterze pozwala sobie na żarty o tym, co palą na Emirates.

Rodgers zna wartość Suareza i podkreśla, że jeśli ktoś chce go rzeczywiście kupić, to również musi ją poznać. Oferta 30-40 milionów za piłkarza tej klasy jest śmieszna, biorąc pod uwagę, że kolega Luisa z reprezentacji, Cavani odchodzi do PSG za 55 milionów. Tą drogą idzie menedżer the Reds i bardzo dobrze, że aktywnie reaguje. Po licznych wpadkach poprzedników, był zmuszony odbić od dna politykę transferową klubu i pozycję negocjacyjną. Po nieco ponad roku można wysunąć wnioski, że ta sztuka już mu się udała.

Jasne wypowiedzi o tym, że Arsenal musi się bardziej starać, a ewentualne przenosiny Suareza na Emirates byłyby dla samego zawodnika ogromnym błędem poprawiają wizerunek Liverpoolu. Pokazują, że Rodgers nie robi sobie wiele z dotychczasowych wydarzeń i skupia się na przygotowaniach do sezonu. Żaden piłkarz nie jest większy od klubu, dlatego też nie można dać się zwariować.

Już niedługo powinniśmy poznać zakończenie sprawy z Suarezem. Można wierzyć, że jeżeli już odejdzie, to za godziwe pieniądze i niekoniecznie do bezpośredniego rywala, ale tak czy inaczej ostatnie tygodnie potwierdziły warsztat trenerski Rodgersa. Z każdym dniem daje się poznać z nowej strony i na szczęście są to pozytywne zaskoczenia. Na kogoś takiego czekali na Anfield.

Pacjent żyje?

Spadek z Premier League zawsze kojarzy nam się z przykrymi obrazkami płaczących fanów i załamanych zawodników oraz menedżerów. Zwłaszcza, jeśli wcześniej zdobyło się we wręcz nieprawdopodobnych okolicznościach Puchar Anglii. Mowa rzecz jasna o Wigan, które igrało z losem wiele lat, aż w końcu dorwało ich smutne przeznaczenie. Wtedy zaczynamy się zastanawiać, co dalej? Czy to tylko efekt przejściowy, czy też dłuższe pożegnanie z piłką na najwyższym poziomie?

Niektórzy ganili Wigan za lekceważące podejście przez większość sezonu, czekając tylko na koniec tego dziwnego przypadku, czyli wrzucania piątego biegu dopiero na przełomie marca i kwietnia. Pozostali zaś, ci ceniący sobie wyjątkowość drużyn, zachwycali się tą łatwością, z jaką przychodziły im przed laty zwycięstwa w ostatnich ligowych starciach. Przecież nie dość, że bezczelnie pozbawiali utrzymania innych, to jeszcze przyczyniali się do porażek w wyścigu o tytuł mistrzowski i Ligę Mistrzów.

Wigan to miasto położone w pobliżu Manchesteru, a w kategoriach sportowych wcale nie króluje tam futbol, bo więcej publiczności przyciąga rugby. Właśnie dlatego wygranie Pucharu Anglii było tak ważne dla tych, którzy swoje życie poświęcili, co by nie mówić, przeciętnemu zespołowi. Za tym sukcesem stał głównie Roberto Martinez, który w odróżnieniu od Wigan, nie zdążył nawet poczuć dna. Szybko zgarnął go bowiem do swoich szeregów Everton, mianując następcą Moyesa.

Dave Whelan, zapalony właściciel the Latics, musiał się tego spodziewać, gdyż już rok temu hiszpańskiego menedżera chciał zatrudnić inny klub z Merseyside, Liverpool. Warto podkreślić łańcuszek, który nastąpił w ostatnim czasie. Moyes odszedł z Evertonu do Manchesteru United, gdzie emeryturę ogłosił sir Alex Ferguson. Na Goodison Park przybył Martinez, robiąc krok naprzód w swojej karierze. Aż w końcu w Wigan podpisano umowę ze znajdującym się na bezrobociu Owenem Coylem. Wszystkie trzy wybory wydają się słuszne i przemyślane.

Coyle nie pracował od momentu zwolnienia z Boltonu, z którym najpierw spadł z ligi w sezonie 2011/12, a następnie nie specjalnie radził sobie już w Championship. Teoretycznie niezbyt zachęcający opis, ale Szkot bez wątpienia zasłużył na kolejną szansę. Łatwo dostrzec w nim entuzjazm i pasję, a przede wszystkim doskonale zna realia, w których aktualnie znajduje się Wigan. Przecież zanim podjął pracę z Kłusakami, awansował po barażach do Premier League z Burnley. A Bolton też potrafił wznieść na całkiem niezły poziom, wpływając również na rozwój młodych zawodników, których zawsze dotychczas chętnie wypożyczał z większych klubów. Jack Wilshere i Daniel Sturridge to najlepsze przykłady. Teraz ponoć zakasa rękawy na utalentowanego obrońcę the Reds, Andre Wisdoma.

Na DW Stadium zadania nie ma łatwego, jak to w przypadku spadkowiczów zwykle bywa. Trzeba się liczyć z osłabieniami, ale jeśli umiejętnie się uzupełni zespół, można w dalszym ciągu walczyć o swój cel, a dla Wigan jest to jak najszybszy powrót do angielskiej elity. Roberto Martinez zabrał ze sobą na Goodison Park już trzech zawodników – Kone, Alcaraz i Robles -€“ a w dodatku w barwach the Latics nie zobaczymy już m.in. Di Santo i Figueroy. Jednak ruchy transferowe Coyle’a jak na wymagania Championship wyglądają przynajmniej przyzwoicie.

James Perch, Scott Garson czy Marc-Antoine Fortune to piłkarze z bagażem doświadczeń, a dopiero ostatnio poznaliśmy prawdziwą bombę transferową Wigan. Chodzi rzecz jasna o Granta Holta, który jest gwarancją minimum 20 bramek na zapleczu Premier League. Tutaj mamy do czynienia ze stawianiem na typową dziewiątkę. W Burnley takim kimś u Coyle’a był Steven Fletcher, a w Boltonie Kevin Davies. Podejrzewano nawet, że właśnie po tego ostatniego sięgnie nowy menedżer the Latics.

Można powątpiewać, czy takie zakupy miałyby miejsce, gdyby nie fakt, że Wigan ma zapewniony udział w fazie grupowej Ligi Europy. Dla większości będzie to pierwsza i może ostatnia życiowa szansa na poczucie smaku europejskich pucharów.

Pogodzenie obu spraw będzie niesamowicie ciężkim wyzwaniem. Priorytetem zapewne wciąż pozostaje awans, jednak perspektywa niezapomnianych wieczorów w Europie zawsze działa z dodatkową motywacją. Wigan z Coylem na czele wygląda na świadome zbliżających się trudów, bo nawet największy twardziel poczuje w nogach 46 meczów w Championship, przynajmniej etap fazy grupowej Ligi Europy i pozostałe starcia już w angielskich pucharach. Nic, tylko trzymać kciuki i oby klub mógł za jakiś czas powiedzieć to, co lekarze po udanej operacji – „pacjent żyje”.

***

Tekst pojawił się również na nowym serwisie o lidze angielskiej – Premiership24.com. Zapraszam do śledzenia na portalach społecznościowych i regularnego czytania.

W Liverpoolu znowu liczą na sukces

Historia lubi się powtarzać, to wiemy wszyscy. W czerwonej części Merseyside historia wielkich sukcesów powtarza się coraz rzadziej z biegiem czasu, a kibice w letnim okresie cały czas mają nadzieję, że ten następny sezon nareszcie będzie tym udanym dla Liverpoolu. Czasem te rozważania były zupełnie bezpodstawne, a czy teraz jest inaczej?

W zeszłym roku oczekiwano, że na Anfield nastanie nowa, lepsza era pod wodzą Rodgersa, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewał nawet, iż już na początku swojej pracy, Brendan uczyni z Liverpoolu ponownie potęgę. Cele były zupełnie inne i choć wyniki mogły wyglądać korzystniej, to przede wszystkim pozbyto się zbędnego balastu. W dodatku the Reds zaczęli grać naprawdę efektowny futbol, przez co porywali publikę nawet w tych słabszych chwilach. Nie udało się jednak osiągnąć tak wymaganej w Premier League powtarzalności, bez której ani rusz. Co z tego, że wygrasz 5:0 ze Swansea, jeżeli kilkanaście dni później przegrywasz 1:3 z Southampton? Właśnie dzięki temu sir Alex Ferguson zdobył tyle mistrzowskich tytułów z Manchesterem United. Wpadki się zdarzały, ale nie można mówić o wypadku przy pracy, jeśli przynajmniej raz w miesiącu tracisz punkty ze zdecydowanie słabszym zespołem.

Było, minęło, można powiedzieć, ale po niepowodzeniach zawsze trzeba wyciągnąć odpowiednie wnioski. Jedni udali się na Puchar Konfederacji, drudzy na wakacje, a trzeci, w tym przypadku Liverpool, zaczęli jak najszybciej zbierać owoce ciężkiej pracy scoutów w minionych miesiącach. Bardzo dobrze, zwłaszcza, że jeszcze niedawno Brendan Rodgers był praktycznie skazany na ściąganie zawodników już mu poznanych, tak jak Borini czy Allen. Być może to wcale nie były złe ruchy ze strony Irlandczyka z Północy, ale zdecydowanie brakowało poszerzenia horyzontów.

I w ten sposób nadszedł czerwiec 2013 roku. Okienko transferowe formalnie jeszcze nie otwarte, a Liverpool zaprezentował już trzech nowych piłkarzy, ponieważ ten czwarty, który tak naprawdę był pierwszym nabytkiem, do 1 lipca jest związany z kontraktem z Manchesterem City. Chodzi rzecz jasna o Kolo Toure, którego zadaniem będzie zastąpienie Jamiego Carraghera przynajmniej w roli nauczyciela dla młodszych defensorów. Biorąc pod uwagę ciągłe poszukiwania tego rzeczywistego następcy, mogącego być na lata podporą defensywy the Reds, wydaje się, że ściągnięcie Toure jest mądrym krokiem.

Wcześniej wspomniane poszerzenie horyzontów od razu przyniosło za sobą dwóch Hiszpanów. Młodszy, Luis Alberto, miał świetny sezon w rezerwach Barcelony, a starszy, Iago Aspas, swoją grą zapewnił Celcie Vigo utrzymanie w La Liga. Na pierwszy rzut oka mimo wszystko nie robi wrażenia, prawda? Jednak tutaj aż trzeba zacytować kluczowe słowa ostatniego felietonu Paula Tomkinsa – „Kupujmy piłkarzy z przyszłością, nie przeszłością”. Alberto i Aspas nie mają wielkiej przeszłości, ale dlaczego miałoby się to nie odwrócić na ich korzyść? Obaj doskonale wpasują się w styl gry drużyny Rodgersa, a w dodatku Hiszpanie coraz bardziej zaczynają mieć wpływ na losy ligi angielskiej. Nie można stwierdzić, że to zakupy wyśmienite, ale należy zaufać ekipie fachowców w Liverpoolu.

Wczoraj ekscytacja sięgnęła niemal zenitu, gdy przed godziną 22 został zaprezentowany nowy bramkarz, Simon Mignolet. Liverpool się cieszy, sam Belg jest podekscytowany nowym wyzwaniem, kibice innych drużyn lekko się krzywią i spoglądają z zazdrością, a zadowolony nie jest chyba tylko Pepe Reina, który nawet jeśli nie chciał, teraz musi po prostu odejść. Oczywiście wszyscy w klubie podkreślają, że Reina nigdzie się nie wybiera i szykuje się na rywalizację z Mignoletem, ale powiedzmy sobie szczerze, to zwykłe kłamstwa. Po pierwsze Liverpoolu nie stać na opłacanie dwóch klasowych bramkarzy, a po drugie Mignolet nie zmieniałby drużyny w ciemno rok przed Mistrzostwami Świata w Brazylii.

Dotychczasowe zakupy Rodgersa nie tyle co są wzmocnieniami, a naturalnymi uzupełnieniami ubogiego składu. Jedynie Mignolet jest jasnym sygnałem, że klub nie był zadowolony z dyspozycji Reiny, przez co ściągnięto jednego z lepszych bramkarzy młodego pokolenia. Teraz przyjdzie czas na lekki odpoczynek i pozbycie się reszty niepotrzebnych graczy. Wciąż nie wiadomo, jak liczne będzie to grono, ale Liverpool zapewne chciałby zrównoważyć finanse. Wspominając o lekkim odpoczynku, nie można zapomnieć o trwającym wyścigu o podpis Henricha Mchitariana, którym interesuje się również Borussia Dortmund. To ma być ta prawdziwa bomba, która okaże się kluczowym czynnikiem w powrocie do walki o Ligę Mistrzów.

Do akcji od lipca wkroczą pozostałe drużyny, które bez wątpienia również zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zrobić krok naprzód. W Liverpoolu znowu liczą na sukces, ale zanim tego nie pokażą wyniki, jakakolwiek wiara będzie nic nie warta. Choć mawiają, że ponoć czyni cuda…

***

Tekst pojawił się również na nowym serwisie o lidze angielskiej – Premiership24.com. Zapraszam do śledzenia na portalach społecznościowych i regularnego czytania.

Aston Villa idzie do przodu

Odbudowa zespołu nigdy nie jest łatwym zadaniem, mając w pamięci jeszcze niedawne sukcesy. W Aston Villi jakiś czas temu występowali piłkarze teraz walczący o mistrzostwo Anglii bądź Ligę Mistrzów. Wcześniej próbowali realizować te cele na Villa Park wraz z Martinem O’Neillem na ławce trenerskiej, jednak wszystko się posypało, a w ostatnich dwóch latach za sukces należy uznać utrzymanie. Na szczęście w klubie zaczęto myśleć przyszłościowo.

O osiągnięciach the Villans nie trzeba specjalnie wspominać, doskonale wiadomo, że jest to jeden z najbardziej utytułowanych klubów na Wyspach, ale ich ostatnim sukcesem jest… zwycięstwo w Pucharze Intertoto w 2001 roku. XXI wiek wcale nie był jednak taki zły, jeśli spojrzymy na lata 2007-2010, kiedy to Gabby Agbonlahor, James Milner, Ashley Young czy Gareth Barry sprawiali, że Aston Villa była zespołem najbardziej zagrażającym wielkiej czwórce. Brak osiągnięcia czegoś więcej spowodował ostatecznie odejście wcześniej wymienionych zawodników, czego skutkiem było również opuszczenie klubu przez menedżera, Martina O’Neilla, który oczekiwał większych ambicji od działaczy.

Później nadeszła nienajgorsza era Gerarda Houlliera, ale w dalszej pracy przeszkadzały mu problemy zdrowotne. Wtedy Aston Villa skierowała swoją uwagę ku Aleksowi McLeishowi, który co prawda spadł z ligi z Birmingham, ale miał duży plus w postaci zwycięstwo w finale Pucharu Ligi z Arsenalem. Szkot przepracował zaledwie jeden sezon i mało brakowało, a mógłby się „pochwalić” drugim spadkiem z rzędu. The Villans zakończyli sezon tylko z dwoma punktami więcej na koncie od Boltonu, który musiał pożegnać się z najwyższą klasą rozgrywkową.

Czarne chmury miały zniknąć po przybyciu do klubu Paula Lamberta. Od byłego pomocnika oczekiwano, że jego warsztat trenerski zaprowadzi drużynę jeszcze wyżej niż we wcześniejszym sezonie z Norwich, ale degradacja ponownie była bliska. Tym razem kluczową postacią okazał się Christian Benteke, który w rozgrywkach ligowych trafił aż 21 razy do siatki. Inne transfery przed sezonem 2012/13 nie były już tak udane, jednak wyznaczyły zupełnie nowy kierunek, w którym zaczął zmierzać 139-letni klub z Birmingham. Oprócz Benteke, zespół zasilili wówczas m.in. Westwood, Lowton, Vlaar i El Ahmadi. Żaden z tych graczy nie przekracza granicy 30 lat.

Pomimo przeciętnych wyników, styl gry zespołu z każdym miesiącem coraz bardziej się kształtował. W wiecznym poszukiwaniu punktów zdarzały się miłe niespodzianki – zwycięstwo 3:1 na Anfield, jak i również brutalne doświadczenia – porażka 0:8 na Stamford Bridge. W końcówce rozgrywek the Villans z wiadomych przyczyn wrzucili piąty bieg i dali sobie nadzieje na lepsze jutro.

Co prawda i tak najważniejsze będzie zatrzymanie w drużynie rozchwytywanego przez potentatów Benteke, ale Aston Villa jest świetnym przykładem na to, że już w czerwcu można wykonać kawał dobrej roboty w kontekście wzmocnień. Jores Okore, Aleksander Tonev, Antonio Luna, Nicklas Helenius i Leandro Bacuna – oto pięciu nowych zawodników, którzy postarają się zapewnić spokojniejszy byt temu klubowi z tradycjami. Nazwiska nie rzucają od razu na kolana, ale ich zakup jest efektem ciężkiej pracy scoutów. Bo czy ktoś się spodziewał, że aż taką bestią pola karnego okaże się Benteke?

Kiedy nie masz pieniędzy na pójście do ekskluzywnej restauracji, sam decydujesz się na ugotowanie obiadu w domu. Nie oznacza to wcale, że będzie on gorszy, a możesz naprawdę wiele zyskać. Chcąc nie chcąc taką filozofię przyjęła Aston Villa i zdecydowanie wyjdzie jej to na dobre. Przykład QPR z ostatniego sezonu powinien raz na zawsze pokazać, że nie warto ściągać do siebie piłkarzy bliższych piłkarskiej emeryturze, w dodatku na chorych warunkach finansowych.

Wszyscy współczują Aston Villi terminarza na nowy sezon, według którego w pierwszych trzech kolejkach podejmie na wyjeździe Arsenal i Chelsea, a u siebie Liverpool. Nie róbmy z tego przesady, bo po pierwsze w Premier League wszystko jest możliwe, a po drugie nawet po słabym starcie, młoda drużyna zbierze niezbędne doświadczenie na resztę sezonu. Nie martwmy się o nich, być może właśnie wykonują pierwsze kroki ku powrotowi do czołówki.

***

Tekst pojawił się również na nowym serwisie o lidze angielskiej – Premiership24.com. Zapraszam do śledzenia na portalach społecznościowych i regularnego czytania.